EDWARD GUZIAKIEWICZ   WINDA  CZASU

Fragment pierwszy


U

dało mu się wyrwać z sali wykładowej, w której kilku dociekliwych i złaknionych wiedzy studentów usiłowało złapać go za rękaw. Domagali się dodatkowych wyjaśnień, związanych ze średniowiecznymi przekładami dzieł Arystotelesa. Nie miał ochoty na strzępienie sobie języka i chaotyczne zagłębianie się w to, co wybiegało poza treść wykładu, więc gdy był już w drzwiach nerwowo odwarknął, że wszystko znajdą w bibliotekach. Było to z jego strony w złym guście, w mig się połapał i spróbował zatrzeć przykre wrażenie. Zawrócił, przywołał na twarz życzliwy uśmiech, zwięźle objaśnił jakąś wąską kwestię, a co do reszty doradził im żartem, żeby wybrali się do Louvain, do Belgii, do Artistoteles Latinus Centre. To okazało się skuteczne. Potem niby to mimochodem rozejrzał się za Sylvie. Liczył na relaks przy czymś do picia w jej czarującym towarzystwie. Jednak ujmująca młódka najzwyczajniej w świecie go olała. Na wykładzie siedziała w czwartym lub piątym rzędzie, a potem gdzieś z kretesem przepadła. Tego dnia miał na sobie dobrej marki tweedowy garnitur, miękką flanelową koszulę w kratę, a do tego trochę przypadkowy krawat — i był ciekawy, czy tak odziany dojrzy aprobatę w jej oczach. Od niechcenia wdepnął do odwiedzanej przez nich kafejki, usiadł przy stoliczku w cichym kącie i zamówił butelkę piwa. Młody kelner bez pytania przyniósł mu jego ulubione holenderskie. Skosztował i zadumał się nad tym, co działo się wokół niego. Nadal myślał o Sylvie. Żywił cichą nadzieję, że dziewczyna wdepnie do jego warowni późnym popołudniem lub wczesnym wieczorem. Obiecała mu przecież, że zajmie się porządkami w jego kawalerskiej kuchni, a zwykle lubiła od ręki brać się do tego, do czego się zobowiązała. Potem przyciągnęły jego uwagę sprawy naukowe.

— Przeszłość i przyszłość — skrzywił się sardonicznie, przypominając sobie pachnący jeszcze farbą drukarską numer naukowego kwartalnika, który rankiem trzymał w rękach. — A jaki sens ma refleksja filozoficzna, którą odarto z pryncypiów? — zdawał się pytać autora artykułu.

W tym wymiarze wszechświata bieg zdarzeń pozostawał nieodwracalny, co dokumentnie uzależniało kruche istoty ludzkie od tykającego zegara i od kolejnych kartek kalendarza. Przecudowna właściwość, zwana realnością zjawisk, przysługiwała jedynie temu, co w strumieniu czasu rozgrywało się tu i teraz, hic et nunc. Reszta była czymś ulotnym i mglistym, jakby echem tego, co aktualne, czymś, czego naprawdę nie ma: już to wspomnieniem tego, co zaszło, już to przeczuciem tego, co dopiero miało nadejść. Wydarzeniami z przeszłości zajmowali się na Ziemi historycy, autorzy reportaży, pamiętników i wspomnień, noweliści i powieściopisarze, różnej maści dokumentaliści czy wreszcie archeolodzy — przyszłość zaś można było jedynie mniej lub bardziej udolnie przewidywać, o ile kogoś bawiły niezobowiązujące igraszki futurologiczne lub chciał się parać literaturą science fiction. Z kolei według przybyszy rzeczywiste było wszystko w czasie, od minus do plus nieskończoności, o ile umiało się w nim podróżować. Przeszłość pozostawała nie mniej realna niż teraźniejszość, podobnie też malownicza przyszłość. Aby wszakże pojąć tę fundamentalną prawdę, należało porzucić nawyk uprawiania żenującej filozofii przemijania i wyrwać się z ograniczeń temporalnych — no i na koniec obznajomić się ze swobodnym poruszaniem się w strumieniu dziejów. Całkiem na miejscu był obraz rzeki, po której dawało się z powodzeniem płynąć z prądem i pod prąd. Bagatelka, wystarczyło się raz tego nauczyć, podobnie jak kraula czy żabki, czy też jak jazdy samochodem. Ziemianom jednak wydawało się brakować naprawdę zdolnych mistrzów i nauczycieli, a gdyby się tacy jakimś cudem znaleźli i usiłowali forsować swoje poglądy, to i tak by ich pozamykano w klinikach psychiatrycznych. Zaświtała Erwowi niejasna myśl, że grecki filozof, Heraklit, był najbliższy genialnego i wstrząsającego podwalinami wiedzy o świecie odkrycia natury czasu, zabrakło mu wszakże odwagi, by postawić kropkę nad i. Ale nie inaczej było z wieloma innymi odkryciami. Przecież system heliocentryczny był już znany w starożytności. I co z tego?

Rok akademicki neogeneranin miał już właściwie za sobą, abstrahując od egzaminów końcowych, które jeszcze musiał przyjąć, więc skupił całą uwagę na współbraciach, penetrujących wcześniejsze epoki historyczne. Złośliwa bestia zaatakowała go już dwa razy i dlatego wypadało mu mieć się na baczności. Mogła przecież czaić się gdzieś w rozległych podziemiach Luwru. Ech, gdyby była tylko jednym z tutejszych legendarnych upiorów!

— Czuj duch!... — półszepnął do siebie. Próbował dodać sobie animuszu, przepłukując gardło piwem.

Bezbłędnie dotarła do Festy i w okrutny sposób rozprawiła się z jej nową służącą. Ponadto napędziła strachu Olbromowi, przeganiając go ze skraju Pustyni Libijskiej do żyznej doliny Nilu. Jak dotąd, omijała szerokim łukiem starożytny Rzym, w którym póki co w miarę bezpiecznie gościł Ran. Strapiony Erw nie spodziewał się, że będą czekać ich na Ziemi tak przykre niespodzianki. Tylko głupiec by się nie bał. Usytuował się na mocno wysuniętej w przyszłość uprzywilejowanej placówce, a to sprawiało, że dźwigał na barkach ogromną odpowiedzialność. Przypadła mu w udziale rola przewodnika tego niewielkiego stada, które nie miało tutaj własnego kąta i dachu nad głową. W dwudziestym wieku gromadzona od pokoleń wiedza o globie nabrała niespotykanego wyrazu. Zaczynała się okrzyczana era informatyczna planety, zaś świat przekształcał się w globalną wioskę. Pod koniec trzeciego tysiąclecia analogiczna rola miała zapewne przypaść w udziale całemu Układowi Słonecznemu. Czy jego przewidywania były trafne? Krzywił się, główkując nad perspektywą ucieczki w dalszą przyszłość. Blokada tego wycinka czasoprzestrzeni, w którym się znaleźli, raczej ją uniemożliwiała. Oczywiście, mogli skorzystać z utajonych arterii windy czasu, czyli usytuować się w samym rdzeniu czasoprzestrzeni, by po przekroczeniu szczeliny, oddzielającej ich od kolejnych wieków dziejów Ziemi, znowu zainstalować się w wybranych miejscach. Nie było to niewykonalne, kiedy jednak planowali wyprawę do innego wymiaru, wykluczyli tę możliwość ze względu na bezpieczeństwo misji. Logistycy z Bettatarii obawiali się, że jeśli ich wysłannicy trafią dalej niż trzeba, mogą zostać zdekonspirowani, a w następstwie tego nawet uwięzieni i straceni.

Wpatrywał się w stojącą przed nim na stoliku wysoką szklankę z piwem, powolutku przesuwając ją po śliskim blacie siłą woli, a jego myśli krążyły nad nienawistnym obcym. Wiedział już, jak należy z nim walczyć. Szarpiąca się bestia posługiwała się sugestywnymi i nieomal rzeczywistymi obrazami, wiążącymi się zapewne z okresami historycznymi, z których akurat przybywała. Olbrom ujrzał wyprodukowany w dwudziestym wieku myśliwiec — niewątpliwy rezultat przeskoku hydry wstecz o dwa tysiąclecia. On sam dostrzegł najpierw pterozaura, a potem dużego nosorożca. Pewnie bestia powróciła z zamierzchłych czasów, porzucając park jurajski. Zadrżał, kojarząc sobie te fakty. Czyżby śledziła Olbroma — pomyślał — a ten nie zdawał sobie z tego sprawy? Nosorożec kojarzył się również z Afryką, w której gościł ten neogeneranin.

— Kilimandżaro, Tanzania, Kenia, rezerwaty przyrody, safari... — mruknął do siebie z niejakim zdumieniem, przypominając sobie folder, który wpadł mu w oczy w witrynie jakiegoś biura podróży w USA. — A to, co widziała Festa?! — zapytał wreszcie samego siebie i z wrażenia załomotało mu serce. Raptem uświadomił sobie, że porozrzucane elementy łamigłówki układają się w wyrazistą całość, umożliwiając sformułowanie dość przekonującej hipotezy. (...)


0 1 2 3 4 5 ^