EDWARD GUZIAKIEWICZ   WINDA  CZASU

Fragment drugi


O

ddech miała regularny, usta lekko otwarte i cichutko posapywała przez sen. Obejmowała go ramionami, słodko przytulona do jego męskich piersi. Erw uchylił oczu i wpatrzył się w sufit. Ledwo dosłyszalnie tykał wiszący na ścianie zegar. Miarowo kołysało się wahadło. Dochodziła druga w nocy, dobra pora na łączność, więc ostrożnie uniósł się z posłania, starając się nie przebudzić cud-kochanki. Sylvie niewyraźnie zamruczała i przewróciła się na drugi bok, pokazując mu gładkie plecy. Jak cień przemknął się do salonu, instynktownie omijając skrzypiące klepki parkietu, a tam potrząsnął gładką czarną kulą, którą wydobył z dolnej szuflady komody. Subtelne informacje przedarły się przez potężne zwały czasu. Rozkoszował się rzadkimi chwilami, w których czuł bliskość tamtych.

Tym razem jednak nowiny były elektryzujące i zwalały z nóg, więc nie miał czym się cieszyć. Budzący lęk obcy, który przybłąkał się z wypełnionych mroźnym pyłem odległych kosmicznych przestrzeni, a może z zagubionego w pustce i nie mającego jeszcze nazwy osobliwego wymiaru, nie przestawał nękać czwórki wysłanników z Bettatarii. Dowiedział się o koszmarnej przygodzie, która spotkała Rana w rzymskim amfiteatrze. Złośliwy bazyliszek przybrał postać mitologicznego Sfinksa, uskrzydlonego lwa o tajemniczym ludzkim obliczu, zatem bezsprzecznie — jak mógł przyjąć — nadciągnął z Egiptu, w którym niefortunnie utknął Olbrom, wygrzebujący się z jednych kłopotów, lecz wpadający wciąż w nowe.

— Kosmiczny przybłędo, żebyś przepadł... — syknął załamany. — Oby ktoś wreszcie z tobą, upiorny włóczęgo, zrobił porządek! — Nie sądził, że będzie aż tak źle.

Po niby to spirytystycznym seansie mocno osowiały wylądował w kuchni na taborecie, tam oddając się ponurym medytacjom nad swoim coraz bardziej kłopotliwym położeniem. Próbował się jakoś pozbierać. Czuł za plecami chłód glazury, którą były wyłożone kuchenne ściany i bezmyślnie przesypywał łyżeczką cukier w srebrnej cukiernicy. To bydlę zapędziło ich w kozi róg, a ich dziejowej misji groziła totalna klapa. A co gorsze, życie przybyszy wisiało na włosku. Utknęli na Ziemi niby w rozpędzonym ekspresie, który wkrótce miał się wykoleić i z impetem runąć z wysokich przęseł mostu. Wciągało ich grząskie bagno. Gadzina z nieznanych stron kosmosu zdzierała maski z twarzy niepragnących rozgłosu obcych, złośliwie dekonspirowała ich i demaskowała. Zadawała celne razy, a w rezultacie tego coraz częściej zwracali na siebie uwagę Ziemian. Może należało wziąć nogi za pas, czym prędzej opuścić tę mało gościnną planetę — strapiony dumał — i czmychnąć do rodzinnej Bettatarii?

Nie zapalił w kuchni światła i tam go po ciemku odnalazła Sylvie, która nie czując go obok siebie podniosła się z pościeli. Przydreptała boso, zarzucając na ramiona płaszcz kąpielowy. Zamruczała jak kotka i ufnie przytuliła się do swego kochanka.

— Cóż to znowu? — rozkosznie dmuchnęła mu do ucha. — Mój misiaczek nie może spać?!..

Żałośnie przytaknął. Pomyślał, że pewnie nie tak wyobrażała sobie pierwszą noc w ramionach supermana, któremu oddała serce. Należał do tego gatunku nieznośnych facetów, którym ewidentnie brakowało romantyzmu. Wiadomo, zafajdany naukowiec z klapkami na oczach, nie widzący niczego poza biblioteką, starymi woluminami i prowadzonymi badaniami. A gdzie bukiety kwiatów, drobne upominki, perfumy, pierścionek zaręczynowy, nastrojowe spacery i wykwintne kolacje przy świecach? Gdzie wyfraczeni kelnerzy, serwujący gatunkowe wina z karty? A serenady pod oknem? Szukał instynktownie w kimś mocnym oparcia, ale nie przypuszczał, by studentka Sorbony mogła ukoić jego ból. Może się mylił, ale mimowolnie ją zaliczał do tych przedwcześnie wyrośniętych szczeniar, nie umiejących ściągnąć z nosa różowych okularów. Nie wystarczało dbać o linię i nosić krótkie kiecki. Zapatrzone w siebie, a przy tym zachłyśnięte swą urodą, naiwnie liczyły na aktywa, których życie z pewnością miało im poskąpić. A tu wiało grozą. To, z czym mierzyli się jako neogeneranie, było tak mało zrozumiałe dla istot z Ziemi, że raczej nie mogli liczyć na ich współczucie oraz wsparcie z ich strony. Byli skazani na siebie.

— Kłopoty, kłopoty, kłopoty — zdecydował się ostrożnie wylać przed nią swoje żale. — Mają je wszyscy, czy tego chcą, czy nie. A czasami ponure myśli nachodzą człeka nocą. Musi się męczyć, jeśli nie umie cierpliwie rachować owiec. Sto pierwsza, sto druga, sto trzecia...

Przysiadła przy nim, przysuwając sobie drugi taboret. W szybach znaczyło się rozmyte i mgliste światło z cichej o tej porze sennej ulicy.

— Nie sądzisz, że byłabym w stanie ci pomóc? Chociaż troszeczkę? — po przyjacielsku spytała, próbując go wysondować.

Uśmiechnął się blado, odkładając łyżeczkę do cukierniczki. Naciągała go na zwierzenia. Niestety, tak dalece nie darzył jej zaufaniem.

— Ty?! — kręcił nosem. — A jakim cudem, boska Beatrycze? Chyba że... okazałabyś się kosmitką. I to o ponadludzkich możliwościach — bąknął ze zniechęceniem, przełamując w sobie opory.

Odgarnęła włosy i poprawiła płaszcz kąpielowy.

— A może przybyłam z odległych stron wszechświata? — cichutko zachichotała, delikatnie gryząc go w ucho, a potem delikatnie całując w policzek. — I nie jestem z tego układu solarnego? Lecz z Proximy, Syriusza lub Procjona? Albo aż z ramienia Strzelca?

Nieco go zmroziła tą żartobliwą sugestią. Niepotrzebnie popisywała się astronomią. Gdybyż faktycznie reprezentowała rasę mitycznych amazonek!..

— Też coś? Kpisz sobie ze mnie — miauknął, odrobinę od niej się odsuwając i robiąc dobrą minę do złej gry. — Póki co, dowiodłaś że jesteś zgrabniutką laską — nieznacznie się przy tym skrzywił — zaradną panią domu i słodziutką kochanką. No i zdolną studentką. Niestety, pochodzącą z tej planety i należącą do gatunku Homo sapiens — skwitował z niejakim smutkiem.

Musnęła znowu jego policzek.

— Tak sądzisz, kochany? — odrzekła. — A nie struchlałbyś, gdybym ci pokazała, jak naprawdę wyglądam? — ostrożnie wślizgiwała się do jego serca. — Wierz mi, nie mam złych zamiarów.

Zabrzmiało to bez mała jak oficjalne zaproszenie do kosmicznego okrągłego stołu i Erw nagle poczuł, że gwałtownie w nim wzrasta napięcie. Budził się w nim nie znajdujący ujścia irracjonalny lęk, który wkrótce miał się przerodzić w agresję. Palant, dał się wpuścić w maliny. Lecz sam przecież sprowokował tę idiotyczną rozmowę.

— Ej! Czyżby?!.. — warknął, nie wierząc jej słowom.

Przekrzywiła głowę i przyglądała się mu z odrobiną współczucia. Tak łypało się na słabeuszy i mizeroty, nie na dzielnych Wikingów, gotowych ruszać na podbój świata i bez lęku zaglądać śmierci w oczy. Wreszcie prychnęła:

— Nie jesteś jeszcze przygotowany.

Zawyrokowała zbyt autorytatywnie, czym go ostatecznie wyprowadziła z równowagi. Nie lubił, gdy ktoś go lekceważył i spoglądał na niego z góry. Zmełł w ustach przekleństwo, wstał nagle od kuchennego stołu i zapalił światło. Zmrużyła oczy, przysłaniając je ręką. Widziała, że jest na nią wściekły i wydawało się, że za chwilę ją spoliczkuje. Były granice, których nie należało przekraczać.

— Mon Dieu, bardzo przepraszam! — wydukała potulnie, godząc się z tym, że przeholowała.

Opanował się, chociaż przyszło mu to z trudem, jakoś się przemógł i nieporadnie przytulił ją do siebie.

— Wybacz, to nieznośne napięcie — niezdarnie próbował się usprawiedliwić. — Daje mi w kość sesja egzaminacyjna, chociaż nie jestem studentem. — Błaźnił się na potęgę. Nie tak powinna była wyglądać ich pierwsza wspólna noc. — Wracajmy do łóżka — szepnął, usiłując to naprawić. Wsunął dłoń między poły jej okrycia, szukając jej ciepłego ciała. — Zróbmy to jeszcze raz!

Zgasił w kuchni światło i pociągnął ją za sobą. Niby to za nim ulegle poszła, jednak raptem poczuł, że mu się wymknęła. Z niepokojem obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł w mroku jej sylwetki. Znieruchomiał. Płaszcz kąpielowy, który trzymał za rękaw, luźno opadał na podłogę.

— Sylvie — jęknął rozpaczliwie, usiłując ściągnąć ją z powrotem. — Idiotko, nie chcę, nie potrzebuję — skamlał jak pies. — Masz natychmiast to przerwać. Rozkazuję ci, wracaj... (...)


0 1 2 3 4 5 ^