EDWARD GUZIAKIEWICZ   WINDA  CZASU

Fragment trzeci


B

iały jacht miarowo się kołysał, łagodnie się poddając uderzeniom regularnie napływających fal, a rozleniwiony Andres wystawiał do słońca pokryte opalenizną ciało. Jak długi leżał na pokładzie. Kapryśny los mu sprzyjał, bo szczęśliwym trafem znalazł się na środku rozległego Pacyfiku. I to gdzie? Na najbardziej czarownym skrawku lądu. Rozpłomienione dziewczyny i złote plaże były warte każdej ceny. Czy można było sobie wyobrazić wspanialsze wakacje? Księżyc nad osławioną Tahiti! Błądził apatycznie myślami po rysującej się w oddali Moorea. Nie byłby sobą, gdyby i tam nie wsadził nosa. Wymoszczony liśćmi tarua kamienny stół oferował delicje. Kosztował przyrządzonych z dużym smakiem ananasów, owoców mango, papaja, awokado i guanabana. Z zatoki Vaiare życzliwi szwedzcy turyści zabrali go na Le Belvédère, skąd rozta-czał się wspaniały widok na dwie największe zatoki, Opunohu i Cooka, rozdzielone malowniczym szczytem Rotui. W głąb wyspy można się było dostać tylko jeepem — ze względu na wyboiste i pocięte szerokimi potokami drogi. Mimo karkołomnej jazdy mógł podziwiać plantacje ananasów i kawy. Cieszyły go niepospolicie piękne kwiaty, dorodne paprocie i soczysta zieleń stoków górskich. Czuł ten jedyny i niepowtarzalny zapach tropikalnej dżungli.

Stukot o lewą burtę wyrwał go z rozkosznego półsnu. Po krótkiej chwili łomot się powtórzył, a chłopak uznał, że przyzwoitość każe mu się podnieść i sprawdzić, co dzieje się w wodzie. Musiał uważać, bo ta luksusowa łajba była warta kupę szmalu. A poza tym nie należała do niego. Przyszło mu do głowy, że trafił na zagubioną boję lub deskę do surfingu. Ludzie wrzucali do wody byle co, nie martwiąc się o to, co się potem stanie. Jednego był pewny. W tym miejscu nie było koralowca.

— Kapitanie, rusz pan dupsko! — ospale pogonił samego siebie.

Po przejściu przez wyłom w rafie, okalającej Tahiti zakotwiczył jacht nieco na północ od morskiej trasy na Moorea, nie oddalając się wszakże zanadto od wyspy, a wiejący z prędkością 16 węzłów pasat spychał go na pełne morze. Nie groziło mu, że się na coś nadzieje.

— Co tam?! — prychnął, przechylając się przez barierkę. — Nie biorę nikogo stopem...

To nie była boja ani deska surfingowa. Unoszący się na wodzie przedmiot przypominał raczej dużą pękatą butlę, rodzaj antałka lub gąsiora na wino. Poprzedniego dnia nad portem Papeete przeszły dwa deszczowe szkwały, więc pewnie coś ze sobą przyniosły.

— Hę, ten Pacyfik to niezły śmietnik! — z błyskiem w oku zawyrokował.

Przypadkowe znalezisko od razu pobudziło jego wyobraźnię. Skojarzył je sobie ze skarbami dawnych piratów, którzy na tych morzach z powodzeniem uprawiali znienawidzone przez żeglarzy rzemiosło. Migiem skoczył po ukrytą pod pokładem dużą siatkę na ryby, potem zanurzył ją ostrożnie w wodzie i przechylając się oburącz wyciągnął na jacht zdobycz.

Frutti di mare? — wymamrotał z dreszczem emocji w głosie. — Do diaska, ale mam fart. Szczęście mnie nie omija, najpierw ta łódź, teraz to...

Delikatnie ustawił butlę na pokładzie, obrywając z niej wodorosty i dziwiąc się, że wykonana z grubego szkła czasza wytrzymała lata konfrontacji z południowymi żywiołami. Była to niewątpliwie jakaś staroć. Może miała ze sto lub z dwieście lat? Otwór dokładnie zabito korkiem, a przez ciemnozielony klosz nie było widać, co jest w środku. Sądząc jednak po wadze, znalezisko nie było puste. Oczyma wyobraźni ujrzał siebie z miną konesera degustującego stare wino, które zamieniło się już w uderzającą do głowy galaretę. Jeżeli przeczucie go nie myliło, mógł liczyć na wielkie pijaństwo. A jeśli butla kryła złote monety lub cenną biżuterię? Zmysł praktyczny, którego mu nigdy nie brakowało, kazał mu natychmiast wymienić zawartość antałka na szeleszczące dolary.

— Sezamie, otwórz się! — pewny swego rozkazał, a potem nieufnie rozejrzał się dokoła. Nie był podejrzliwy, jednak przez chwilę męczyła go myśl, że jakiś cwaniak podrzucił mu ten gąsiorek, a teraz śmieje się w kułak. Nic śmierdzącego jednak się nie szykowało. Na południu znaczyła się sporawa łódź żaglowa, zaś na zachodzie majaczył jacht podobny do tego, na którym sam zagościł. Nikt tam dociekliwie nie wystawał z lornetką i nie filował. Inne łajby unosiły się dużo dalej. Jednak odruchowo założył rzucone obok szorty.

Obejrzał poczerniały korek, zdrapując paznokciem warstwę szlamu. Wywnioskował, że poradzi sobie przy pomocy kuchennego korkociągu i w tym celu zbiegł po schodkach pod pokład. Obdarzona seksapilem Francuzka, od której pożyczył jacht, utrzymywała na nim pedantyczny porządek. Był zdumiony, że zawierzyła mu na słowo tej klasy pływające cacko, ale wziął to na karb swej zbijającej z nóg męskiej urody. Był zabójczym przystojniakiem i szybko wpadał w oczy kobietom. Pozostawiła mu gratis jacht do wieczora, tłumacząc, że ma coś pilnego do załatwienia w głębi wyspy, więc nie wahał się ani chwili. Miała odlecieć śmigłowcem.

Korkociąg z łatwością wgryzł się w korek, gorzej jednak było z jego wyciągnięciem. Trochę się uszarpał, ale heroicznie postanowił, że się nie podda.

— Co za szajs — mruknął zawzięcie. — Cholera, rozpieprzę to diabelstwo — warknął podniecony.

Niebiosa mu sprzyjały. Przy kolejnym mocnym szarpnięciu korek jakimś cudem wysunął się do połowy i chłopak się domyślił, że w rozkołysanym antałku podniosło się ciśnienie. W kilka chwil później zatyczka sama wystrzeliła z hukiem jak z butelki szampana, poleciała szerokim łukiem i wpadła do wody.

— Ufff! Gotowe! — wycedził z miną zwycięzcy. Nie znosił, gdy martwe rzeczy stawiały mu opór. Przysiadł na pokładzie i otarł ręką pot z czoła. Potem skupił całą uwagę na zdobyczy.

Z otworu wydobywał się delikatny opar i chłopak przeraził się, że to ulatnia się gaz trujący. Może znalezisko pochodziło z czasów drugiej wojny światowej? Pociągnął nosem, ale niczego nie poczuł, żadnych oznak fabrycznych wyziewów lub zgnilizny. Wykoncypował, że powinien butlę przechylić, lecz nie zdążył się do tego zabrać. Ni stąd ni zowąd bowiem głośno huknęło i z ciemnozielonego antałka poszedł ostro w górę gęsty strumień smolistego dymu.

— O, w mordę, tylko nie to... — wybełkotał, nie na żarty przerażony i odruchowo odsunął się od gąsiora. Pojął, że niezdrowa ciekawość okazała się pierwszym krokiem do piekła. (...)


0 1 2 3 4 5 ^