Edward Guziakiewicz
WINDA CZASU

1

Na Ziemię trafia czwórka przybyszy z czarnej dziury, mieszczącej się w centrum Galaktyki.

2

Są oni zmuszeni upodobnić się do przedstawicieli gatunku Homo sapiens, co udaje się im w sposób perfekcyjny.

3

Dzięki zdolności do przemieszczania się w czasie, mogą penetrować różne epoki dziejów.

4

Przybycie neogeneran na Ziemię nie pozostaje bez echa. Odkrywają ich obecność Ziemianie z przyszłości.

MROCZNY transfer należał do udanych. Pokonali kolejny niewidoczny most, wiodący przez skotłowane bezmiary czasu, a gęsty mrok wypluł ich do otoczonej trawami sawanny idyllicznej murzyńskiej wioski. Skupione twarze owiewał ciepły wiatr, a ponad głowami roztaczał się sięgający aż po horyzont majestatyczny błękit afrykańskiego nieba. Nikt z tuziemców nie kręcił się w pobliżu i nie był świadkiem nagłego przybycia wysłanników z niby-zaświatów. Ziścili się jakby byli z piekła rodem, z woli wojowniczki tu zamierzając na krótko zarzucić kotwicę. Znieruchomieli i bacznie rozglądali się wokół siebie, rzucając powściągliwe spojrzenia i z napięciem lustrując otoczenie. Wietrzyli jak psy myśliwskie, gotujące się do nagonki. Szybko jednak ochłonęli, a wyostrzone do ostatnich granic zmysły nie wychwyciły niczego podejrzanego.

Poważna i opanowana Festa zmaterializowała się tuż obok Sylvie, natomiast Edyta — u boku Erwa. Bojaźliwa Sataria tchórzliwie zawisła na ramieniu Rana. Tylko obojętny Olbrom urealnił się bez pary. Samotny jak głaz, skryty i zamknięty w sobie, sterczał z tyłu, nieczuły na to, co się wokół niego działo.

Jednak to ten mruk pierwszy naruszył niby to sakralną ciszę nieznanego zakątka, dowodząc, że nie jest smutnawą i mało udaną postacią z londyńskiego gabinetu figur woskowych.

— Na Archetan, co za odludzie? I jaki spokój? — wychrypiał za uchem Rana, ale na tyle głośno, żeby do Satarii to dotarło. — Chyba nic nam tu nie grozi.

Tamten z uznaniem skinął głową. Był mu wdzięczny za ciche wsparcie.

— Miło tu, spodoba ci się — szepnął do przyklejonej do niego i drżącej ze strachu Rzymianki. W pierwszej kolejności o nią musiał się zatroszczyć. — Możesz już, Satario, uchylić powiek. Zerknij, proszę! Tu jest prawie jak u Iuniusa Sylanusa — miękko dorzucił. — Późny ranek i złote słońce. Żadnych ulic i wieżowców, aut i zapędzonych przechodniów, tylko dzicz: trawy, krzewy i drzewa — mamił. — Busz, głusza, pustka...

Trzymająca się go kurczowo dziewczyna odważyła się i niepewnie otworzyła oczy. Nie znosiła przenosin w czasie i szlajania się po niedostępnych śmiertelnym szlakach. Nigdy nie było wiadomo, któremu z zagniewanych bóstw przypadkiem wejdzie się w paradę na olbrzymim nieboskłonie. Lękała się złowrogiego Marsa, którego było ponoć najłatwiej doprowadzić do szewskiej pasji. Bojaźliwie się rozejrzała i zaczerpnęła powietrza. Puściła się mistrza i niepewnie balansowała, nie ufając temu, co miała pod nogami. Rozpaczliwie trzepocząc rękami i chybocząc się jak na cyrkowej linie, uczyniła pierwszy heroiczny krok do przodu, a potem ostrożny drugi, by z niejakim zdumieniem odkryć, że afrykański grunt nie usuwa się jej spod stóp. A podobno Ziemia była okrąglutka jak arbuz i właśnie się znaleźli w połowie jej wysokości. Kto ją tak nastraszył? Pewnie ten milczek, Olbrom. Tylko on miewał takie głupawe pomysły.

Swym zabawnym popisem rozładowała męczące ich napięcie. Pod nosem Erwa zaigrał zabawny półuśmiech i ten prawie pretensjonalnie zaklaskał w dłonie, niby to w podziwie dla jej brawury i odwagi.

— Brawo, starożytni Rzymianie, tak trzymać. Bravissimo...

— Jacy tam starożytni, skoro w adidasach i dżinsach — fuknęła Festa z wyrazem dezaprobaty na twarzy. Po co ten debil klaskał? Zaraz jej oblicze się rozjaśniło. Przypomniała sobie tamto przeniesione z antycznego Wiecznego Miasta zalęknione dziewczę, nie pasujące wyglądem do warszawskiego otoczenia i oglądające hotelowy apartament z przerażeniem w oczach. Potrzeba chwili nakazała zastąpić rzymską tunikę i szal zwiewną damską kreacją z końca dwudziestego wieku. Neogeneranka nie potrafiłaby sobie jednak wyobrazić króla Ludwika XIII lub jego dumnej matki, Marii Medycejskiej w podobnych łachach. A co dopiero zapatrzonego w siebie cesarza Nerona. Jak ten by wyglądał w drucianych okularkach, z czarną walizeczką i w garniturku na miarę? Względnie w szortach i bawełnianej półkoszulce na górskim rowerze? Każda epoka miała swój niepowtarzalny styl i nie należało tego po błazeńsku zmieniać. Chyba że to było naprawdę konieczne.

Zaczęli szeptać między sobą, dzieląc się spostrzeżeniami. Szczerze mówiąc nie zagościli w owianej mgłą tajemniczości prawdziwej murzyńskiej sadybie i nie powitali ich groźni wojownicy z barwami wojennymi na rozeźlonych twarzach. Rozrzucone wokół okrągłego placyku z dymiącym paleniskiem na środku malownicze domki były co prawda wzorowane na chatach Masajów i przypuszczalnie dokumentowały odległą przeszłość Czarnego Lądu, jednak kiedy Erw niby to przypadkiem zajrzał przez uchylone drzwi do jednego z nich, mógł się przekonać, że ma do czynienia ze sprytnie zamaskowanymi bungalowami o urzekającym standardzie. Z zewnątrz wpadał w oczy okrzyczany tubylczy prymityw, a wewnątrz — trudny do skopiowania komfort. Przez chwilę intensywnie wsłuchiwał się w szum nieba, ukrytymi zmysłami wyłapując sygnały radiowe o różnych częstotliwościach — nie umiał ich jednak rozszyfrować, bo stwarzały wrażenie umiejętnie skompresowanych i doskonale zakodowanych, co go z lekka podminowało. Sporo wody musiałoby upłynąć, zanim nauczyłby się samodzielnie sobie radzić w tych czasach.

— Wolnego, bez przesady, proszę natychmiast do mnie — usłyszał z dala rozdrażniony głos Sylvie. — Wracajcie! — zakrzyknęła. (...)