EDWARD GUZIAKIEWICZ   WINDA  CZASU

Fragment piąty


N

ie liczył na to, że ujrzy zabytkowe kamieniczki, urokliwe kanały i tramwaje wodne, choć nazwa tego miejsca sugerowała, że otrze się o taką architekturę. „Nowy Amsterdam? A gdzie to? O rany, aż na orbicie Jowisza?” — naprzykrzały mu się toczące cichy dialog elfy, nie wiadomo skąd przybyłe i mające za nic przepaść między ludzką świadomością a realnym światem. Słowa wibrowały i drgały, nieoczekiwanie łącząc się w zgrabne zwroty i zamieniając w gładko płynące zdania. Stłumił w sobie zdające się żyć własnym życiem nadmiernie swobodne myśli, bo nie chciał wypaść jak pomyleniec. Wyobraźnię należało trzymać na uwięzi — tym bardziej, że ta wściekła maszyneria trzydziestego trzeciego wieku wydawała się co rusz zapuszczać do niej żurawia. W tych pokręconych czasach zaglądanie do ludzkich umysłów nie było przecież niemożliwe. Tracił pewność siebie, kiedy sobie to uprzytamniał. W chwilę później w nagłym przebłysku uzmysłowił sobie, skąd wzięła się ta nazwa. Nie chodziło o okrzyczaną stolicę Holandii, wyrosłą na cierpliwie wydzieranych morzu połaciach gruntu. Przekopiowano ją z siedemnastego wieku z półkuli zachodniej. Takie miano otrzymało przecież pierwsze osiedle na Manhattanie, skromniutki zaczątek przyszłego gigantycznego Nowego Jorku.

— Nowy Amsterdam — z rozmysłem wyszeptał, biorąc się pod boki. — Psiakość, chlubne tradycje Ameryki...

Nie tylko jego wypluł skaner dalekiego zasięgu. Trwał niejaki ruch na tej trasie przerzutowej. Kilku przybyłych jego śladem obojętnie go minęło, nie zwracając na marudera uwagi. Szybko nikli w lokalnych bramkach, takich samych jak w opuszczonej przez niego Atlantydzie. Rozpływali się, wtapiając w niedostrzegalne niby-lustra, które po każdym transferze przez króciutką chwilę migotały jakby zdziwione tym, że można przez nie przenikać. Czy musiały wszystkich łapczywie połykać? Erw zrobił pierwszy krok, a po nim drugi. Ważył tyle samo, co przedtem, nie był lekki jak piórko, nie oderwał się od ziemi i nie poleciał w górę, więc ciążenie na pewno nie różniło się od marsjańskiego. Zatem zostało wymuszone, zważywszy, że goszczący go satelita gazowego olbrzyma miał niewielką masę, dużo mniejszą od masy ziemskiego Księżyca.

Nie zdecydował się na żadną z karminowych bramek. Wyszedł na zewnątrz stacji. Sterczał przed nią dłuższą chwilę i rozglądał się na wszystkie strony, pragnąc oswoić się z nowym dla siebie otoczeniem. Nie wpadło mu jednak w oczy nic niepokojącego i odetchnął z niejaką ulgą. Cóż zresztą mogło go zaskoczyć? Płuca spokojnie pracowały, a tlenu w powietrzu było tyle, ile trzeba. Podejrzliwie zlustrował nieboskłon. Wyłowił wzrokiem ledwo znaczące się słońce, które z tej odległości przypominało widoczną w dzień gwiazdę. W kilka chwil uciekło na ogromną odległość. Przeniknął go żal. Nie sądził, że tak bardzo oddali się od statecznej Ziemi, a dwudziesty wiek wydał mu się naraz nadzwyczaj przytulny, miły i bezpieczny. Tam był jego niby-dom. Po co go opuścił? Biedak czuł się tak, jakby stracił równowagę i teraz niebezpiecznie balansował, lękliwie wyrzucając ręce i nie wiedząc, czego się złapać. Horrendalna ekwilibrystyka! Przeszło mu raptem przez myśl, że szarpie się jak ta histeryczka, Sataria, święcie przekonana, iż Ran szlaja się z nią po tajemnych podniebnych szlakach, zastrzeżonych dla bogów i herosów. Trudno było pojąć biedaczce z czasów Seneki, że podróżuje w czasie. Cóż to takiego, ten czas? Musiałaby się najpierw wyrzec naiwnej wiary w mityczne istoty nadludzkie, władające jej losem i pogodzić się z tym, że świat podlega prawom fizyki.

— Siedemset osiemdziesiąt milionów kilometrów od Słońca, czyli ponad pięć jednostek astronomicznych — wymamrotał z niekłamanym podziwem. — Niewiarygodne! Takie małpiszony, a sobie poradzili. — I kwaśno spointował, z niedowierzaniem kręcąc głową: — Zafajdane czwarte tysiąclecie. Ci łajdacy są dużo lepsi od nas. Mają całe morze pomysłów. I wprost w nim toną.

Efekt dzienny mało wysmakowany kolorystycznie nieboskłon zawdzięczał ciepłej fluorescencji górnych warstw powietrza. Słońce było bowiem za daleko, żeby dawać tak silny blask jak na Wenus, na Ziemi lub na Marsie. Tej chybionej techniki jednak nie stosowano na pozostałych ciałach niebieskich. Była wystrzałem na wiwat. Przeżyła się podobnie jak wiele innych projektów, które drogą prób i błędów żmudnie testowano w minionych stuleciach, poszukując najlepszych rozwiązań.

— Za dużo tego piwa w powietrzu... — mruknął, oddalając się od stacji skanera dalekiego zasięgu. Niebo było bardziej zielone niż błękitne. — Ale poza tym całkiem, całkiem...

Zatrzymał się z odrobiną zadumy przed obrosłym mchem pomnikiem, upamiętniającym kilku śmiałków, którzy uczestniczyli w brawurowej akcji penetracji Wielkiej Czerwonej Plamy i już nie wrócili z powierzchni Jowisza. Przeczytał wykuty w granicie napis. Czciło się ich tak, jak dawniej na Ziemi męczenników za wiarę. Potem wstydliwie odchrząknął w zwiniętą dłoń i mężnie postanowił, że uda się do hotelu na piechotę, rezygnując z n-metra. Plan miasta miał w głowie. A poza tym nie ufał identyfikatorowi. Coś mu w nim śmierdziało. Nie rozszyfrował jeszcze do końca tego piekielnego urządzenia. Ohyda! Obawiał się, że przypadkiem wyląduje gdzieś na drugiej półkuli tego księżyca, a tam jak pajac utknie na dobre. „Przezorny zawsze ubezpieczony!” Miał do pokonania nieledwie pół kilometra, zaś pokryta równo położonym brukiem niby-szosa wiodła prościutko jak w mordę strzelił i był pewny, że nie pobłądzi. Zamienił się w Jasia wędrowniczka. „Komu w drogę, temu czas!” Potruchtał środkiem po dobrze obrobionych kamiennych kostkach, bo zgadywał, że nie usłyszy za plecami klaksonu żadnego pojazdu. Sygnały radiowe, w które usiłował się wsłuchać były słabiutkie, co dowodziło, że ich odbiór został doprowadzony do niewyobrażalnej perfekcji.

Jakieś latające dziwo z szerokimi płozami ze świstem powietrza przemknęło mu nad głową, a potem nagle zawróciło, podpływając i niemal nieruchomiejąc nad piechurem. Miało opływowe kształty dawnego śmigłowca, jednak było pozbawione wirnika i długiego ogona.

Erw instynktownie się zatrzymał, bo tuż przed nim wyświetlił się sporej wielkości drżący w powietrzu symbol policyjny. Nie skosili go serią z automatu. Dociekliwy męski głos zapytał go jedynie, czy nie potrzebuje pomocy. Spokojnie odrzekł, że nie, życzliwie dziękując za zainteresowanie, tamci odpłynęli, odsapnął z ulgą i powlókł się dalej.


0 1 2 3 4 5 ^