EDWARD GUZIAKIEWICZ   WINDA  CZASU

Tytułem wstępu



K

osmos jest nieprzenikniony i nieogarniony, zadziwia swym ogromem, złożonością budowy i bogactwem zjawisk. Człowiek jest w nim nieledwie maleńką mrówką, nie będącą w stanie przebić się myślą przez sekrety odwiecznego Zegarmistrza świata, zazdrośnie strzegącego swych tajemnic. Pozostaje mu więc wyobraźnia... Intryguje nas nie tylko to jak powstał wszechświat i jak przebiegała jego trwająca miliony lat ewolucja, ale również to, czy obok gatunku Homo sapiens jest w nim miejsce dla innych istot rozumnych. A obok zapierających dech wypraw przez lodowate przestrzenie galaktyk i ich gromad, marzą nam się również nieprawdopodobne podróże w czasie.


P

Nawiązujący do idei podróży w czasie autor proponuje w powieści wyprawę ścieżkami historii, od epoki jurajskiej po przyszłe tysiąclecia dziejów, w towarzystwie neogeneran, tajemniczych przybyszy z nieznanych stron kosmosu. Obok historycznych powieść ma również walory geograficzne. Jej akcja toczy się w starożytności na Pustyni Libijskiej, w Dolnym Egipcie, w Aleksandrii, w Rzymie, w siedemnastym wieku w Paryżu, w dwudziestym na Tahiti, nad Wielkim Kanionem w Arizonie, w Kenii, w Himalajach i w innych miejscach globu. Nie tylko zresztą na Ziemi, ale i na zaludnionym w przyszłości Marsie, na księżycach Jowisza, a nawet na orbicie Plutona...


N

a Ziemię trafia czwórka przybyszy z czarnej dziury, mieszczącej się gdzieś w centrum Galaktyki. W pierwszej kolejności są zmuszeni upodobnić się do przedstawicieli gatunku Homo sapiens, co udaje się im w sposób perfekcyjny. Dzięki zdolności do przemieszczania się w czasie, mogą jednocześnie penetrować różne epoki dziejów. Kiedy zaczyna się powieść, Ran gości w Rzymie Nerona, Festa w Paryżu Ludwika XIII, Erw w USA (lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku), a Olrom na terenach Afryki w okresie późnej jury lub wczesnej kredy. Przybycie neogeneran na Ziemię nie pozostaje jednak bez echa, bowiem odkrywają ich obecność Ziemianie z odległej przyszłości. Ci zaś wciągają ich w nurt własnych spraw, z którymi sami nie umieją się uporać.


Dostępne wydania


Powieść SF «Winda czasu» Edwarda Guziakiewicza ukazała się drukiem w 2010 r. Wydania elektroniczne pochodzą z 2014 r. i z 2015 r. Zobacz w księgarni!

    PDF • EPUB • MOBI



Początek powieści


N

awiedziły go koszmary i niespokojnie rzucał się po posłaniu, ściskając dłonią wymiętoszone prześcieradło. Szarpał się, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. W męczącym półśnie widział naznaczoną lękiem twarz młodziutkiej Satarii, którą oddzielał od niego posępny szaman w szczerzącej kły masce. Siłą sennej woli mocował się ze złowrogim przeciwnikiem, nie chcąc stracić z oczu jej oblicza. Byli w buszu. Czarny mrok spowijał dżunglę, a dookoła uwiązanej u pala dziewczyny, oświetlonej płomieniami strzelającego w górę ogniska, tańczyli wojownicy w jaskrawych barwach wojennych. Przytupywali co rusz, złowieszczo wymachując włóczniami.

Ocknął się, zlany potem i zerwał się z łoża, nie mogąc złapać tchu. Wsparł się na łokciach.

— Okropność. Nieee! — zacharczał przez ściśnięte gardło.

Otworzył nieprzytomne oczy, a to przywróciło go do rzeczywistości. Dławiący lęk ustępował i ponure widziadła powoli go opuszczały. Tamten upiorny świat rozmywał się w dali, nikt przeraźliwie nie krzyczał, a nienawistni tubylcy nie uwijali się przed chatami. Głuche dźwięki tam-tamów były omamem słuchowym, zaś torturowani jeńcy wydawali jęki tylko w jego rozhuśtanej wyobraźni.

— Nie bój się — wychrypiał do siebie, łapiąc oddech. — To tylko złudzenia. Miraże... Chciałeś być na nie podatny... Były ci potrzebne... Bo takie ludzkie...

Tubylcza dziewka przy ognisku, którą ujrzał we śnie z twarzą Satarii, nie była chorobliwym wytworem jego wyobraźni. Doskonale ją pamiętał. Zamęczono ją, z sadyzmem wysyłając na tamten świat. Wydawała się górować inteligencją nad nierozgarniętymi pobratymcami. Lgnęła do niego, radośnie pokazywała białe zęby na jego widok, z uśmiechem na gładkim obliczu ujmowała go za rękę i ciągnęła na pełną ważek i motyli polanę za wioską, przeganiała węże, a potem siadała przy nim w kucki i cierpliwie go uczyła plemiennych słów i zwrotów. Sprawiała, że ginął chłód z jego twarzy. Po każdej kolejnej niby-lekcji kąpali się razem w strumieniu, z dala od nieopuszczających koryta rzeki wygłodniałych krokodyli, zaś rozgrzane słońce suszyło ich skórę. Niosła ze sobą zapach świeżo zerwanych kwiatów, suszonych ziół i wonnych korzeni. I nie wstydziła się tego, że jest naga. W tym raju golizna nie była naganna. Dziewczyna nie była jeszcze zdolna do uniesień zmysłowych, choć już je w sobie przeczuwała. Chichotała, kurcząc się jakby ją łaskotał, kiedy delikatnie pieścił jej twarz, ramiona i ledwo co rozwinięte piersi. Dawała mu odczuć, że jego dotyk jest dla niej przyjemny. Przytrzymywała jego dłonie, kiedy ją obejmował lub zsuwał je na jej biodra.

Pamiętnego ranka o świcie znaleźli ją martwą. Na jej umęczonym ciele znaczyły się krwawe rany. Z ogromnym zdziwieniem w oczach wodził po tych śladach palcem i trudno mu było uwierzyć, że jego plemienna ulubienica nie żyje. Ostrym sztyletem bestialsko poorano jej piersi i rozpłatano płaski brzuch. Zapewne wiła się z bólu i rozpaczliwie krzyczała, dopóki nie uciszono jej na zawsze, podcinając jej krtań. Poderżnięto ją od ucha do ucha. Uczcił swoją małą madonnę, obsypując jej rany płatkami kwiatów. Zrosiłby jej zwłoki swymi łzami, gdyby umiał płakać. (...)



0 1 2 3 4 5 ^