Fragmenty z bloga [luty 2003]


2
lutego

Znowu widokówka z Tahiti

Niczego sobie młodziutka brunetka, która ulokowała się przy jednym z dalszych stolików, naraz rozproszyła jego uwagę. Cichutko szurnęła krzesłem. Tak cwaniaczka usiadła, żeby mieć przed sobą jego profil i spod niby to spuszczonych powiek móc na niego skrycie filować. Oderwał wzrok od gazety i z zaciekawieniem poszybował oczyma w jej stronę. Miała na sobie nieco za skąpy żółty top i obcisłe króciutkie dżinsowe spodenki z modnie postrzępionymi nogawkami, a na nogach białe skórzane adidasy. Położyła przed sobą kilka kolorowych albumów, jeden z nich rozkładając i pochylając się nad przewracanymi powoli kartami. Zdążyła się ładniutko opalić, więc pewnie już spędziła na tej wyspie trochę czasu. Byłby naiwny, gdyby sądził, że chodzi jej o lekturę. Spokojnie się wyprostował, wygodnie się oparł i zaczął nad nią dumać. Ziewnął w zwiniętą dłoń. Nie pasowała do tego zacisznego pomieszczenia, w którym wybornie się czuł tylko zapamiętały bibliofil, nie widzący świata poza inkunabułami i starodrukami. Nie po to olśniewające młódki fatygowały się z drugiej strony globu na okrzyczane Tahiti, by marnować cenny czas na wysiadywanie w straszących nudą bibliotekach. "Co ty tutaj robisz, mała?" — wydawał się w nim szeptać ledwo słyszalny głos. Nie, nie był brzuchomówcą. "Ja? Nie domyślasz się, zuchwały donżuanie?" — budował mu się w głowie figlarny dialog. Przewinął w wyobraźni w przyspieszonym tempie kadry niby-filmu i poznał już tę zaskakującą sekwencję do barwnego końca, zgodnie z naprędce wydumanym scenariuszem. — "Marzę o tym, żebyś mnie przeleciał!" — odpowiadała z żenującą bezpośredniością i szczerością. — "Oj, źle trafiłaś, mała, naprawdę źle — usiłował studzić jej zapały. — Schrupię cię i wypluję tylko twoje słodkie kosteczki. Nie domyślasz się, że jestem potwornie wygłodzonym smokiem, pożerającym jedną plemienną dziewkę tygodniowo?"

Laska wyczuła, że siedzący nad pożółkłymi gazetami facet na nią się gapi, bo filuternie zerknęła na niego, a potem zasłoniła oczy rzęsami i uśmiechnęła się niczym Mona Liza z Luwru. "No, nie bój się, jesteś moim księciem!" Nie posłuchał. Błyskawicznie uciekł wzrokiem na półki z książkami, a potem z pozbawioną uczuć twarzą pracowicie oglądał paznokcie.

— Patałach ze mnie. Czyżby miały się tu powtórzyć numery z Sorbony?! — mruknął do wreszcie do siebie z niejakim rozbawieniem, kręcąc palcami młynka. Wrócił myślami do Paryża. Szczerze mówiąc, nigdy nie mógł pojąć, dlaczego dziewczyny z figurą modelki pchały się na Université de Paris IV, żeby studiować klasykę lub filozofię. Było przecież tyle przyjemniejszych zajęć. "Znowu te elementy łamigłówki!" Zmarszczył w wysiłku czoło. — No, tak, to oczywiste! — szepnął olśniony. Pannica z biblioteki musiała mieć coś wspólnego z tajną misją amazonki z przyszłości.

Odeszła go ochota na ślęczenie nad archiwalnymi numerami paryskiego dziennika. Zawahał się, bojąc się, że zachowa się jak obleśny satyr, śliniący się na widok każdej krótkiej spódniczki. Jednak nie mógł nie zaatakować falującej przed nim płachty torreadora. "Skąd się to we mnie wzięło? Czyżby ktoś majstrował przy mojej matrycy?" Ociężale się podniósł i zbliżył do nieznajomej. Nie miał wątpliwości, że miła dziewczyna chce go złowić, i że czeka na jego inicjatywę.

— Czy myśmy się przypadkiem nie spotkali... eee... w maju 2016 roku w Delhi?.. — strzelił na chybił trafił, bezczelnie próbując ją zdekonspirować.

Obdarowała go promiennym uśmiechem, lecz gdy dotarł do niej sens pytania, zachichotała lekko zawstydzona, zaś na jej twarz wypełzł rumieniec. Przecież był 1998 rok. Wydawało mu się, ze zasznuruje sobie usta i że go oleje, ale zaraz się okazało, że nie zamierza tego czynić.

— Nie, nie byłam nigdy w Delhi, a na pewno nie w 2016 roku — ze spokojem odrzekła. — Odwiedziłam Kalkutę, ale znacznie wcześniej, bo w 2008 roku.

To był strzał między oczy. "Jezu Chryste!" Uzmysłowił sobie, że ma przed sobą nową parę swobodnie pływających w powietrzu dużych złocistych oczu, które z pewnością pofatygowały się do dwudziestego wieku gdzieś z czwartego lub piątego tysiąclecia. Było wesolutko. Niby-ludzi z przyszłości przybywało. Przestraszył się, że jest ich na Tahiti na pęczki.

— Jesteś pewnie przyjaciółką Sylvie? — nie miał wyboru i brnął dalej.

Przytaknęła, żwawo się podniosła i podała mu dłoń z respektem uczennicy. Była kilka centymetrów niższa od tamtej. Dopiero teraz dostrzegł, że natura ją wyposażyła w bardzo kształtne piersi. Odrobina piegów na twarzy dodawała jej uroku.

— Edyta — rzekła. A potem dodała: — Ale masz nosa...

— Yves Duquoc — też się przedstawił. — Jesteś od niej trochę młodsza?

Zaniepokoiła się tym pytaniem, jakby mimowolnie dotknął jakiejś bardzo delikatnej struny.

— Owszem, pochodzę z wcześniejszej epoki — odrzekła enigmatycznie i znowu rumieniec oblał jej pociągłą twarz.

— A, z wcześniejszej? — grzecznie się zdziwił, składając ręce. Nic mu to na razie nie mówiło.

— Serio, chcesz się przez to przekopywać? — wskazała na pozostawioną przez niego stertę gazet. — A nie wolisz skorzystać z Internetu?

— Z Inter-netu? — zrobił wielkie oczy. — A, to ta światowa sieć komputerowa — uzmysłowił sobie, wracając pamięcią do krótkiego wymuszonego przez bestię pobytu w USA przy końcu dwudziestego pierwszego wieku. Na jachcie wszedł mentalnie w ten system, ale nie umiał szybko wyodrębnić potrzebnych mu informacji.

W leżącym przed nią otwartym albumie ujrzał panoramiczną fotografię dużego miasta, które jednakże nie skojarzyło mu się z żadną współczesną metropolią. I papier był dziwny. Jakiś plastikowy i ani chybi nasycony mikroprocesorami. Pochylił się, by się przyjrzeć barwnym zdjęciom, a potem przewrócił kilka stron. Dotknął palcem fotografii i ta nagle się zmieniła. Wybrany fragment płynnie powiększył się i przybliżył.

— To Ateny — dopomogła mu. — Wydano tę pozycję książkową w 2095 roku.

Uśmiechnął się do swoich myśli. No tak, na wszelki wypadek miała ze sobą dowód rzeczowy, żeby nie posądził jej o to, że kłamie. Rzeczywiście była z przyszłości. W tle kolejnego ujęcia rysowały się na Akropolu dokładnie zrekonstruowane i wyglądające jak nowe starożytne świątynie. W dwudziestym wieku znaczyły się tam z oddali tylko nadgryzione zębem czasu ich resztki. Poczuł się jak trawiony gorączką kalifornijski poszukiwacz złota przy krawędzi gór Sierra Nevada, któremu nieoczekiwanie dopisało szczęście.

— To może dasz się zaprosić na słynne tahitańskie piwo lub na coś innego, równie chłodnego? — zapytał. — Tu, nieopodal biblioteki, widziałem zaciszną knajpkę. Nazywa się... zapomniałem. Z pewnością mają tam klimatyzację.

Potulnie się zgodziła, jakby tylko na to czekała. Zamknęła album i złożyła książki, gotowa do wyjścia. Przeprosił więc szybko czekoladową dziewczynę za kontuarem, obiecując, że wróci do sterty gazet za godzinę lub dwie.

2003-02-02 13:37:22

5
lutego

Odejmowanie jest ciekawsze

Nie wierzył własnym oczom. To nie była ta sama Festa, z którą jeszcze rozmawiał około południa. Po wcześniejszych konsultacjach z Edytą, orientującą się znakomicie w kwestiach damskiej mody, odwiedziła kilka ekskluzywnych sklepów, mieszczących się na pierwszym i drugim piętrze hotelu. Zajrzała też do okolicznych salonów i do centrum handlowego przy Marszałkowskiej. Umówiła się z fryzjerem, decydując się na nową fryzurę, włosy mocno ścięła i odrobinę rozjaśniła, na sobie zaś miała zgrabne obcisłe dżinsowe spodnie i krótką dżinsową kurteczkę z kolorową bluzeczką pod spodem. Na nogach zaś białe adidasy. No i ujęła sobie lat, co dla neogeneranki nie było przecież takie trudne. Ale dzięki tym zabiegom stała mniej wyniosła, bardziej przystępna i zadziwiająco bezpośrednia. Wyparowały z niej dworskie maniery, którymi nasiąkła jako blisko trzydziestoletnia madame Cécile Parmentier, bywająca w salonach Luwru i ocierająca się o świtę Ludwika XIII. Pomyślał, że szata nie tylko zdobi, ale i stwarza człowieka, i że powinien ją teraz traktować jak przychodzące do niego na wykłady z filozofii lekko przestraszone i niezdecydowane studentki Université de Paris IV. Pewnie chciała doszlusować wiekiem do Sylvie i bez wątpienia jej się to udało.

— Cześć! — powiedział, gdy już ochłonął ze zdumienia, siadając przy kawiarnianym stoliku. — A gdzie jest twoja starsza siostra? — zażartował. — Byłem z nią umówiony...

2003-02-05 14:14:46

24
lutego

Pocztówka z Kenii

Edyta z rękami w kieszeniach wystawała już przed wejściem do bliźniaczo podobnej sąsiedniej chaty murzyńskiej, wyraźnie się nudząc, poziewując, przestępując z nogi na nogę i bez przekonania rozglądając się za czymś, czym mogłaby wypełnić czas. Nie pojawiła się jeszcze egzotycznie odziana grupka Masajów, którzy w czerwonych okryciach wojowników i z dzidami w rękach mieli śpiewać i tańczyć w czasie lunchu. Pachniało to wszystko wprawdzie bezguściem i kiczem, no ale czego się nie robiło dla szmalu. Turystów to zresztą bawiło. Ucieszyła się, widząc Erwa.

— Może masz ochotę na małą przechadzkę? — zawołał do niej, wskazując ręką w stronę strumienia. Chciał jakoś uciec od tego folkloru. Upał im nie groził, bo temperatura powietrza nie przekraczała 25 stopni Celsjusza. Mimo strefy równikowej ze względu na dużą wysokość nad poziomem morza wcale nie było za gorąco.

Nie zawahała się ani chwili. Wcześniej błyskawicznie się przebrała, porzucając dżinsową kreację z końca dwudziestego wieku. Założyła na siebie ściągnięte paskiem krótkie szorty w kolorze khaki i w podobnym kolorze podbity bezrękawnik z licznymi kieszeniami, suwakami i schowkami. Tego ostatniego nie dopięła z przodu i kiedy do niego się zbliżyła, mógł się naocznie przekonać, że nie ma pod spodem ani stanika ani żadnej bluzki. Cóż, letnie kanikuły miały swoje prawa. A może po prostu po kobiecemu czuła, że wpadły mu w oko jej kształtne piersi i że będzie chciał je sobie dokładniej obejrzeć? Albo uważała, że powinna pójść w ślady tutejszych ciemnoskórych tancerek? Całości dopełniały dość solidne lecz zarazem całkiem zgrabne sznurowane wysoko turystyczne buty.

Pourquoi pas?! — odrzekła, bawiąc się przez chwilę srebrnymi cygańskimi bransoletami. — A czemu chcesz się przypatrzeć?

— Bo ja wiem? — obojętnie wzruszył ramionami. — Może powinniśmy się wybrać na polowanie?

— Jest na co. Przydałaby się jakaś afrykańska broń, może łuki i strzały albo piki? — poddała mu myśl z perlistym śmiechem.

Nieśpiesznie opuścili malowniczy skansen, idąc ciągnącym się wzdłuż strumienia raczej stromym brzegiem i omijając z rzadka rozrzucone karłowate drzewka. Był odziany podobnie jak ona. Miał na sobie luźne spodnie do kolan, koszulkę z krótkimi rękawami i zabawnymi kieszonkami, oraz lekką jak puch krótką sportową kurteczkę ze ściągaczami. Chciał zejść na dół do potoku.

— Jest woda, będą więc też krokodyle. Lepiej nie ryzykować — ostrzegła go z odrobiną lęku. Była raczej ostrożna i uważała, gdzie stawia stopy. Nie miała ochoty nadepnąć na żadnego jadowitego węża.

Posłuchał jej rady i dalej posuwali się już prosto. Na wzniesieniu zatrzymali się w wielce wymownym milczeniu. Witały ich porośnięte wysokimi trawami sawanny przeogromne pofałdowane tereny, nad którymi rozpościerał się wszechpotężny afrykański błękit. Stamtąd, gdzie stali, rzucało się w oczy pasące się w oddali spore stado antylop gnu. Zwierzęta miały ciemne grzywy i charakterystyczne łukowato rozchodzące się na boki rogi. Bardziej na południe znaczyło się nieco mniejsze skupisko drobniejszych i smuklejszych gazeli. Nieopodal gościła ponadto stwarzająca wrażenie bardzo spokojnej i zadomowionej rodzinka lwów.

— Wahadłowiec — znienacka uzmysłowił sobie Erw. Zadumał się nad środkiem lokomocji, z którego rzekomo skorzystali, by dostać się znad Oceanu Indyjskiego na płaskowyż afrykański. — Miałem nadzieję go obejrzeć. — Niczego nie usłyszał w sennym metafizycznym poszepcie traw i chciał stamtąd odejść.

Leniwie zawrócili do wioski, zaglądając po drodze do otwartego pawilonu restauracyjnego. Czarny kucharz i jego pomocnik szykowali już stoły do lunchu.

2003-02-24 09:12:22

27
lutego

Taką windę mieć!

Jak się zaraz okazało, przybysz z uszami trolla podróżował zupełnie inaczej niż wojowniczka z przyszłości, a przenosząc się w czasie wcale nie bazował na skumulowanej w sobie energii. Na skraju polany nieoczekiwanie zmaterializowała się przed nimi żywcem przypominająca czerwoną londyńską budkę telefoniczną przejrzysta kabina teleportacyjna. Erw zlustrował ją nie bez zaskoczenia, a po nie budzącym wątpliwości geście zaproszenia ostrożnie do niej zajrzał. Wewnątrz było dużo więcej miejsca niż się można było spodziewać, więc naprawdę nie musieli się tłoczyć. Stali obok siebie jak w windzie. Potem w milczeniu ruszyli.

Przeskok w czasie był komfortowy, ledwo wyczuwalny i szybki, niemniej dwu lub trzyfazowy. Zatrzymali się na ułamek sekundy w jakimś węźle kontrolnym, gdzie subtelny skaner — jak połapał się Erw — uważnie przeanalizował i zapamiętał przesyłany ładunek. Wyrzuciło ich gdzieś poza Ziemię, jak wykoncypował, bowiem ciążenie okazało się nagle nieco słabsze niż na planecie matce. Nim jednak neogeneranin doszedł do tego, gdzie są, wyczuł równie szybki transfer w przestrzeni. W chwilę później najpierw z ich oszałamiająco szybkiej ekspresowej windy, a potem z niewielkiego budynku o masywnych ścianach, niby pancernego bunkra, wyszli na lekko się chwiejących z wrażenia nogach na oświetlony słońcem rozległy plac.

Edyta odetchnęła przenikniętym zapachem jodłowego lasu świeżym powietrzem, ciekawie rozglądając się wokół siebie.

— Jesteśmy na Marsie — ciepło objaśnił kontroler, przerywając milczenie. Z niekłamanym zaciekawieniem kwitował ich pierwsze spontaniczne reakcje. — W 3252 roku!

Erw również omiótł wzrokiem otoczenie. Blask słońca był odrobinę słabszy niż na Ziemi, ale trawy się intensywnie zieleniły, a tu i ówdzie znaczyły się drobne kwiaty. Nieopodal bunkra rosły żywcem przeniesione z rodzinnego globu drzewa i krzewy, a nieco dalej rysowała się linia gęstego lasu. Na prawo ujrzeli nitkę bardzo gładkiej jasnopopielatej szosy, zaś na horyzoncie — może mało ziemskie, ale jednak mające coś swojskiego wsparte na szerokich słupach białe kuliste budowle.

— Nigdy bym nie przypuszczała... — z nieskrywanym zachwytem szepnęła Edyta, z kobiecym wdziękiem adorująca kontrolera. — Trzydziesty trzeci wiek. Taaaaki zaszczyt...

Tamten z lekka się uśmiechnął, nie wyjmując rąk z kieszeni.

— Jeżeli trzeba, czynimy wyjątki — z dumą oświadczył.

2003-02-27 11:52:55

Zebrane tu urywki

zamieszczał autor na blogu od stycznia do marca 2003 r.

Inne fragmenty

tej powieści można znaleźć w dwu innych serwisach: ...>> i ...>>.

Edward Guziakiewicz, Afrodyta csstemplatesmarket